29 marca 2012

Jak nie urok, to...

Wiosna wiosna wszędzie, cieszmy się i radujmy!
Ziemia pachnie rozmiękłą kupą, pączki liści subtelnie wtapiają się w otoczenie. Wiosna oplata pajęczyną drobnych zmian, by któregoś dnia puścić oko w pełnym rozkwicie.
Uwielbiam wiosenne roztargnienie, nieśmiałe mrugania wiosno-zielonych pędów na trawniku i ludzi, którzy nie wiedzą jak się ubrać. Niektórzy już w krótkich majtasach, inni w szalikach i czapach.

To w teorii. Teoria wiosny jest cudowna i mogłabym ją studiować latami.
W praktyce mamy *sraczkę (w domu funkcjonuje pod nazwą kupotok), wszyscy.

Wiosenne wirusy postanowiły fizycznie dać nam odczuć zmianę pory roku.
I tak oto z wielkim hukiem spadłam z chmur rozedrganych wiośnianym zefirkiem na rozmiękłą ziemię pachnącą  wiadomo czym.


26 marca 2012

Numer wszechczasów

W czwartek byłam taka banalna, a w piątek odwaliłam numer wszechczasów. Wstyd mi. Stara a głupia.
Piątek był jak z Monty Pythona.
W piątek doznałam siły prawdziwej miłości, w piątek męskie przyjaźnie zawisły na włosku i dyndają tam ciągle targane podmuchami wiatru. Wreszcie, w piątek z pełnym pęcherzem i wiercącym się dzieckiem zwiedzałam wielkopolskę w poszukiwaniu męża, który porzucił polskiegobusa gdzieś w trasie i czekał na żonę, a wraz z nim powód całego zamieszania- KLUCZE.

Poszło o klucze. 
W sumie o jeden klucz. Duży, mosiężny, dostojny, długi na 10cm. Klucz do drzwi stalowych, brzydkich, ciężkich, pomazianych farbą w kolorze nieokreślonym. Drzwi do naszego mieszkania.

I tak zamiast planowanego wieczoru kawalerskiego w Bazylei w Szwajcarii, mąż mój tułał się po stacjach benzynowych, bo marnotrawna żona pędząc po pracy z cieknącą torbą mrożonek stojąc pod drzwiami brzydkimi swemi zorientowawszy się, że klucza brak. Gorzej, całego pęka ni ma. Ni chuchu! Ani w torebce, ani w podszewce, ani pod podszewką, ani w aucie, pod autem, pod siedzeniem, pod dywanikiem, w mrożonkach, w bucie, w kieszeni, w skrytce. No ni ma, QRWA!!!!!!!!!!!!

- chlip, chlip, RD nie mam kluczy, chlip...
- CO??!!!
- żałosne chlip, nieeeeee maaaaam kluuuuuuuczyyyyyyyyyy, chliiiiiipppppppp...
- wysiadam!
- NIEeeeee WysiaaaaaDaaaaaaj, chliiiiiiiiiiiiiiiiip chliiiiiiiiiiiiiiiiip.
- No jak to sobie wyobrażasz?

No sobie nie wyobraziłam, choć postawiłam w gotowości męską połowę znajomych w tym szefa. RD drzwi zabronił wyłamywać z dwóch prostych przyczyn- mieszkanie nie nasze, koszty nasze. A u nas w banku prąd zabrali i oszczędzać trzeba.

No i tak właśnie odebrawszy Hałabałę ze żłobka, klnąc niepospolicie i wybitnie głośno na korki i wolnych kierowców, wyruszyłam na poszukiwanie męża swego, modląc się, żeby Hałabała się nie skupał. :P Życie jest prozaiczne czasem... 
Nie gniewał się, nie krzyczał, nie marudził. Przytulił. Wyrzuty sumienia rosły mi wprost proporcjonalnie. Koledzy wściekli. Bezdzietni, więc wybaczam. RD smutny, leczył przez weekend dysonans na rybach.

Wieczorem wróciliśmy do Poznania w sam raz na przyjazd babci Hałabały. Przyjechała co by pomóc samotnej matce. Taaaa... Mina babci po zobaczeniu zięcia bezcenna. ;)



PS. Dziekuję panu w Żabce za przechowanie mrożonek.



22 marca 2012

banały

Jest czwartek.
Jestem ja, banalna taka.
Blog taki banalny.
Życie banalne.
Problemy zwykłe.
No i o czym tu pisać, jak mi się wszystko banalne wydaje.

Chrzanię, pisać dziś nie będę.
Czymże jestem ja w obliczu wszechświata? Marnym organicznym pyłkiem, pierdnięciem Matki Natury.
Jedynie syn niebanalny mi się udał był. I tego się trzymam!


19 marca 2012

kac monday

wyżeram paluchem ciepłego danonka z lilipuciej plastikowej tytki

nawet wysiorbałam wodę, która się zebrała na wierzchu. Bardziej z niezdrowej ciekawości jak to to smakuje, niż z prawdziwej chęci (oblecha to jednak. Zupełnie jak przypuszczałam)

kolega obok, pan starszy, udaje że tego nie widzi, ale w myślach widzę, jak krzywi się zdegustowany do swojego sterczącego monitora i porządku na biurku. Choć ja się przyzwyczaiłam już do jego pochrząkiwań i smarkania nosem i nie skomentowałam nawet raz!
Ogólnie nie lubię nabiału. Oprócz serów staram się nie tykać, nie wąchać i nie karać mego ciała walką z obcym wywiadem jogurtowym czy innym podobnym


Dziś jest inaczej. Dziś mam kaca. Dziś zmuszam moje umęczone ciało i zawianą głowę do skupieniu się na trawieniu obcego białka, a nie na użalaniu się nad kwasem w ustach, tępym bólem za przysadką czy suszem w przekrwionych ślipiach. Dziś cierpię, ale z bananem na żabich ustach. Bo choć przywitanie w domu chłodne (kryzys związku średniego), w sumie to żadne, ot tylko dzieć się przestraszył i ucieszył w tej samej sekundzie :) (dostał od matki marnotrawnej drzwiami wejściowymi w czerep po prostu) To mówię ja, że warto było i pojechałabym do Łodzi nie raz i nie dwa i nawet ten Teatr rozrywki pod subtelną nazwą Pomarańcza wspominać mile będę. :)
Nie ma to jak zbiórka Mamusiek w nieznanym mieście nad kieliszkiem wina czy innych procentów i rozmowach o męskim nasieniu. Do następnego razu Baby wy moje! :)))



PS. Zatrzęsienie słów zaczęrpniętych z języka potocznego, ulicznego, ogólnie nie znanego jest cechą charakterystyczną kaca.

13 marca 2012

"Wchujdalekoodpoznania"

Szukam
i szukam
Wnerwiam się, rzucam tym, krew mnie zalewa, śle maile nieprzyjazne, ślę maile przyjazne, dzwonię, oddzwaniam, uśmiecham się, umawiam, oglądam, wybrzydzam, nie wybrzydzam, wykrywam oszustwa, węszę oszustwa. Śmierdzi wszędzie.Rynek nieruchomości nie ma przede mną tajemnic. Poważnie zastanawiam się nad otworzeniem własnej agencji albo taksówkarzem zostanę (topografie miasta i okolic mam w małym paznokciu).
tablica, gratka, szybko, oferty, bezpośrednio, progres, nieruchomości, otodom, gumtree przeglądam X razy dziennie. Porównuję, analizuję, gorączkowo komunikuję się z RD. Prowadziłam excela z danymi, ale pierdyknęłam nim o ściane. Gie to daje! 
Rozwalają mnie nazwy miast, miasteczek, mieścinek, wioseczek i osad. Sikam w skarpety!
Wszystkie te Sycyny, Ceradze, Witkowa, Chyby, Napachania czy Nienawiszcze ;)))) to na plus szukanio-gmeranio-użerania się z ofertami.Jakbym mogła to zamieszkałabym w Rumianku, Gaju czy Elżbiecinach, podoba mi się też Jabłonka, Raduszyn i Jankowo. Ech, gdybym tylko mogła wybierać ;)

Sami nie wiemy co chcemy, bo sie nam ciągle zmienia. I znam główny powód zamieszania i zmian decyzji- Hałabała- on jest wszystkiemu winny! On i jego żłobek w centrum miasta! Tak więc opcja- mieszkanie w mieście czy dom na wsi niechybnie chyli się ku upadkowi. Diabli by to wzięli!
 
Nasze wieczorowanie. Ostatnio wszystkie wyglądają podobnie.Gmeram w necie.
"oferuję na sprzedaż działkę siedliskową położoną w miejscowości Chojno Błota Małe"
- hahaha, RD wyobrażasz sobie, że mówisz komuś, że tam mieszkasz?
- chyba raczej, że w "Chujdalekoodpoznania"...

:)
Hałabała dostał danonka. Mam nadzieję, że przeżyje.
Narazie siedzem, gryzem marne pazury i czekam na trzęsienie ziemi.
"Stworzyłaś matko syna alergika na podobieństwo swoje, a wiec powiadam ci, pazury gryzać będziesz, skurcze żołądka cierpieć, telefony alarmowe alarmować, a i pokusy przed synowcem ukrywać będziesz i ciasta niealergiczne czynić! O Grzeszna Pokutnico!"

A co słyszę?
-AM AAMM!
-AMaAAAA!!!
-MAMAM   AMAAAAAA! - krzyczy Dzieć cmokając wymownie i filuternie z namaszczeniem głaskając się po brzuszku.
No tak, danonek danonkiem ,ale spustu Hałabały nie wzięłam pod uwagę. A w lodowce tylko pierogi. O zgrozo z truskawkami!


PS. I tak do mnie dotarło, że całe me życie kręci się koło tego małego pociesznego Kurdupla. Jego radość jest i moją radością, jego płacz moim zmartwieniem. Znikam. Pracuję, flirtuję, puszczam oko do pana w warzywniaku, znoszę sprośne żarty w pracy, przekleństwa, himery, śmichy chichy, pogadam z panią w piekarni i z babcią w tramwaju, biegnę oddać upuszczoną rękawiczkę zasapanej babuni w Biedrze. Niby jestem, ale jako Funkcja Mnie, nie jako ja.
Prawdziwe ja wpieprza tylko szparagi przez 2 miesiące w roku, słodzi miodem i nie znosi makaronu. Prawdziwe ja robi 100 zdjęć kwiatka na balkonie, by w końcu żadnego nie wybrać. Prawdziwe ja podskakuje w sukienkach, nie nosi stanika i boso chlupocze girkami w błotnistej kałuży. Prawdziwe ja nie chodzi spać o 22PM. Obie my namiętnie zżeramy pazury i cierpimy nad alergiami Hałabami. Obie nas cieszy szczerbaty uśmiech Młodego, tupot jego stópek na panelach i szalone nieumiejętne podskoki w pogoni za biedną Wredzizną.
Chyba pora jakoś pogodzić się ze Sobą i wycałować moje obie Jaje. Narazie słabo mi idzie, okoliczności nie sprzyjają

12 marca 2012

Czarny ptak

czarny ptak przeleciał mi drogę i prawie, że dzióbnął (cóż za piękne polskie słowo!!!) mi wycieraczki!
czy to się liczy na poczet przyszłego nieszczęścia?

8 marca 2012

w marcu jak w garncu

nie dziwne, że dzień kobiet wybrano w tym miesiącu. Choć kwiecień plecień co przeplata, też by pasowało ;)
Julek T pięknie to ujął i nie pozostaje mi nic innego, jak się z nim zgodzić. :)
A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał,
Jest więc odtąd na wieki i grzeszna i święta,
Zdradliwa i wierna, i dobra i zła,
I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza...
I anioł i demon, i upiór i cud,
I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna.
Początek i koniec...
 
Miło by było dziś dostać jakiegoś goździka. Bardzo je lubię! :)) Choć nie narzekam, bo zostałam rano uściskana i wyśliniona, że na cały rok starczy. 
(-Oleś powiedz, jak kochasz mamę? -TA TAAAA!)
 

7 marca 2012

Raj utracony

Siedzem na dupie i zagryzam zimnym makaronem z masłem, oliwą i czosnkiem. Jakoś trudno się masłu rozpuścić w tej mieszance. Nie przepadam za makaronem, ale od kiedy jest Hałabała zrobiłam się mało wybredna (ja, ten francuski piesek! co wygłasza perory sprzeciwu nad bigosem z pomidorem, ech..) 

Żuję zimne kalorie i w myślach analizuję swój los. 
No bo co się ze mną stało? 
Dziura w leginsach, ręka wchodzi, dziura w skarpecie, widać paluszka, ku uciesze syna, na głowie jesień średniowiecza, która czasem, rano szczególnie, zmienia się w techno party. Makijażu niet, zapominam nawet do pracy, co niestety działa na moją niekorzyść, bo do baby bez makijażu zlatują się faceci jak muchy do gnoju, że niby taka naturalna i że naprawdę masz Trójkę z przodu?? A że pracuję z samymi facetami to lepiej makijaż jakikolwiek mieć i jesień średniowiecza też uklepać, bo zaraz są świńskie skojarzenia.
Jak ja to wytrzymuje?

Odbiegłam od tematu. Jak zawsze.
Kot zeżarł szynkę, perfidnie na stole siedział i zżerał mięcho z kanapek. Do tego wylizał masło zostawiając podłużne ślady jęzorka w żółtawej mazi procent 82. Uciekł szybciej, niż zdążyłam przyłożyć kapciem. Zamachnęłam się na pusto i tylko straciłam cenną energie. Za dużo jej ostatnio nie posiadam. Zaraza wlazła mi w ucho, węzły i zatoki i gości się tam moim kosztem od ponad 2mscy. Zrobiłam się marudno-jękliwa i jak tego nie zmienię, to RD wystrzeli w kosmos. :) Mój kochany mężczyzna, za jakie grzechy dostał taką babę? ;)
Co ja bym bez niego zrobiła? Siedziałabym jak pustelnica w jakiejś samotni, jak kot srający na puszczy, i pewnie z tym moim wrednym czarnym puchatym stworem, z którym nawzajem robilibyśmy sobie drobne złośliwości.
Słońce za oknem, ale w dupę mrozi. Siedzę w domu z Hałabałą, bo go dopadły skutki uboczne infanrixa i gorączkuje mi dziecko. Nocka w plecy. Teraz też nie lepiej.
Mówią, że dziecko zmienia wszystko. Mi niestety nikt nie powiedział. Doświadczyłam na skórze własnej. I powiem więcej, dziecko nie zmienia wszystkiego,
DZIECKO JEST JAK KOMBAJN ZA MILIARD ZŁOTYCH (w kredycie na całe życie z wysoką prowizją i to bez dopłat unijnych!) - RUJNUJE TWOJE PRZESZŁE ŻYCIE PIERWSZYM RADOSNYM PIERDNIĘCIEM ZNIECZULAJĄC CIĘ UŚMIECHEM I DOPROWADZAJĄC DO PASJI NIEUSTANNYM HAŁASEM.

Nie da sie ukryć, że dziecko przede wszystkim zmienia Twoje, Rodzicu, Matko, Ojcze, życie w pasmo nieustannych leków i zamartwiań. Bez czego, osobiście, nie wyobrażam sobie dalszej egzystencji. Dziecko jest twoim cierpieniem i największym szaleństwem, ogromną miłością, poświęceniem, wyrzeczeniem, ofiarowaniem. Jest wielką radością, chyba największą możliwą. Na szczęście jak już się pojawi, to sprawia, że dopada cię, Matko, Ojcze, amnezja poporodowa i wszystko co było PRZED przestaje się liczyć. Lepiej, po prostu się o tym zapomina. Szybko i bezboleśnie. to jest naprawdę jakiś CUD matki natury :) 

Pojechało patetyzmem, fuj! :) Chyba mi gorzej
Ale jakby co, to uprzedzałam!


Czasem dopada mnie tylko tęsknota za czymś odległym, bez dziur w majtach i skarpetach, z 8h snu, z leżeniem nad jeziorem w trawie i słuchaniu chrobotu chrząszczowych mini nóżek, za marnowaniem godzin i dni w leniwym błogostanie.

To się chyba nazywa tęsknota za rajem utraconym. Ot i co! 


5 marca 2012

zatoki zamaszyście pokryte zielonym kożuchem zatokowej rdzy...

... wystawiły swe paskudne bolesne oblicze do słońca i załkały udręczone wiosennym zeifrem. 

Brzmi prawie jak pasjonujący wątek w powieści. :D
Jednakże, jak wiadomo, PRAWIE czyni różnice. Szkoda, że nie cuda :P

tytuł mówi sam za siebie.
Obrzydlistwo znów się odezwało. Czyżby trzecia kobyła antybiotykowej antykorozyjnej ambrozji (AAA ;) )? nie wiem jak moje dostojne flakowyje to wytrzymają. Od ostatniej ambrozji minęło raptem 2tyg. W międzyczasie zaliczyłam jako Uzdrowiona -Ja  Zatokowego Magika, który nic nie stwierdził. 

No i zestrachana siedzę i nad spadkiem odporności dywaguję. Jednak wieczna chyba nie jestem. Więc muszę przylać temu, kto mi nawmawiał, że jestem! No kto to był? Przyznać się!


motyla noga, chyba muszę walnąć sobie Osobiście!

2 marca 2012

tej...

właśnie się zorientowałam, że zupełnie nieświadomie zaczęłam mówić TEJ :|
gorzej,
powtarzam i nie wzdryga mnie zupełnie!

Zindoktrynowałam się na całego...


AMA!

Piątek za oknem razem z Dżdżystym Kapuśniakiem, Wyniosłym Chłodem i Wciskającą się głęboko Wilgocią. Ostatnio często spotykam tych trzech, stoją pod żabką i łypią  i niestety lgną do mnie w przedwiosennym letargu, choć mykam do auta cichcem, rozwierając ślepia, li i tylko, na milimetry czy raczej na kupy, co by w żadną nie wdepnąć.
Dziś obudziło mnie głośne - AMA! nie mylić, broń Boże! z mamą! AMA znaczy - Dawajcie mi butlę, bo obudzę sąsiadów!. A że ostatnio sen mam nerwicowy i byle pierdnięcie mego Bąka,co sapie w łóżeczku obok, stawia mnie nieprzytomną do pionu, tym razem było podobnie.

-AMA! (powiedział świadomie i rezolutnie Hałabała)
-łup łup łup i już zdziwiona budzę się nad gwiżdżącym czajnikiem z puszką mleka w dłoni. WTF?
-AAAaaMaaaaaA! (ah, no tak)
-bam bam, spada pokrywka od garnka (dodajmy szklana) gdy nieporadnie przeszukuję suszarkę w poszukiwaniu butli.
-Miau? MIAUUUUuuuuu! (drze się Inka radośnie podniecona, że jestem w kuchni w okolicach jej miski (bo) grzebię za poturlaną butelką)
-AMAAAAAAaaAAA! (drze się syn zza zamkniętego pokoju) MIAUUUuuuuu! (nawołuje zrozpaczona Wredzizna)
Odruchowo zżeram (pod wpływem stresu chyba) wczorajszą Hałabałową nieco nadgryziono-zaślinioną kanapkę z zaschniętym serem i zrezygnowaną sałatą. Fak! Stój! przecież nie nakarmiłam jeszcze swego Hasimoto! Pośpiesznie przełykam i potulnie lecę po tabsy.

I tak nagle wskoczyłam w ten piątek, że aż mi podskórnie brak chwili porannego- UUUuuaaaaaaaaa i Aaaaaaaahhh. Świat zdecydowanie nie jest sprawiedliwy.
Dodam, że kumple spod żabki pojawili się pod firmą i stoją za oknem. Coś czuję, że będą chcieli się przygruchać w drodze powrotnej.
Jednakże miło, że to już piątek :)